Nasz sąsiad, Stanisław Lem
Znany i ceniony na całym świecie wizjoner, futurolog, najwybitniejszy twórca polskiej fantastyki naukowej, którego książki przetłumaczone na 41 języków zostały wydane w prawie 30 mln egzemplarzy. Stanisław Lem, bodaj najsłynniejszy mieszkaniec Klinów, zmarł w 2006 r., ale wciąż żyje w pamięci swoich bliskich i sąsiadów.

Rodzina Lemów przed swym domem na Klinach. Rok 1975. Fot. z archiwum rodzinnego
Zostałam zaproszona przez panią Barbarę Lem do jej domu. Siadamy w pokoju z wyjściem na ogród, na stoliku leży koronkowa serweta, misterna ręczna robota, z kąta przy kominku spogląda Stanisław Lem z karykatury Ewy Barańskiej-Jamrozik. Za chwilę usłyszę historie nie tylko o Stanisławie Lemie, ale także o Klinach, których już dawno nie ma. Pani Barbara i jej siostra Jadwiga Zych snują opowieści, których słucha się z zachwytem.
Barbara i Stanisław Lemowie zamieszkali na Klinach w 1958 r.
- Pewnego razu w latach 50. odwiedziliśmy mieszkających przy ul. Narvik Teresę i Jana Błońskich, którzy bardzo nas namawiali na przeniesienie się tutaj – opowiada Barbara Lem. – Początkowo nie mieliśmy na to ochoty, mąż w ogóle nie chciał słyszeć o wyprowadzce z miasta, ale sytuacja nas do tego zmusiła: przy ul. Bonerowskiej mieszkaliśmy w cztery rodziny, dzieliliśmy jedną kuchnię i jedną łazienkę.
Państwo Lemowie zapisali się do spółdzielni mieszkaniowej, „która pod Krakowem, w szczerym polu, wybudowała kilkanaście domków jednorodzinnych. Domki oddawane były przyszłym mieszkańcom w stanie surowym. Wszystkie, z wyjątkiem jednego, miały już lokatorów, ten jeden ostał się dlatego, że był położony najniżej i woda z okolicznych pól i nieużytków ochoczo wdzierała się do piwnicy, tworząc w niej pokaźny rezerwuar. Znajomi znający się na rzeczy odradzali kupno domu położonego z dala od miasta i przystanku autobusowego, pozbawionego kanalizacji, gazu, asfaltowej drogi dojazdowej, który wedle wszelkiego prawdopodobieństwa powinien był zgnić i rozpaść się w ciągu kilku lat” – pisze Tomasz Lem w poświęconej ojcu książce „Awantury na tle powszechnego ciążenia” (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009).
Wbrew obawom, dom przy ul. Narvik stoi do dziś. To właśnie tutaj powstały najsłynniejsze utwory Stanisława Lema.
- Na początku było bardzo ciężko. To była prowizorka budowlana, nie było gazu, często brakowało wody, prądu – przyznaje pani Barbara.

Spotkanie Stanisława Lema z uczniami Szkoły Podstawowej nr 97 przy ul. Dr Judyma. Rok 1970. Fot. z archiwum Wojciecha Witka
- Kiedy pierwszy raz zapaliłyśmy w piecu, dym, zamiast kominem, leciał ze wszystkich kontaktów w ścianach – dodaje pani Jadwiga.
W domu na Klinach gościli wybitni literaci: Sławomir Mrożek, Jan Józef Szczepański, Czesław Miłosz, a także rosyjski noblista, fizyk Ilia Frank.
- Zadzwonił pewnego razu, że jest w Krakowie z wycieczką, zwiedzają Wawel i chciałby przyjechać w odwiedziny – opowiada pani Barbara. - Poczęstowałam go szparagami, a on powiedział, że pierwszy raz w życiu je szparagi. W kolejnym roku przysłał nam życzenia na 1 maja. Często zdarzało się, że wieczorem do drzwi dzwonili różni przygodni wielbiciele pisarza, poleceni przez tłumaczy. Przyjeżdżali, zostawali na kilka dni, zwiedzali Kraków i wracali do siebie.
- W czasach „Solidarności”, kiedy w sklepach nie było kompletnie nic, dostawaliśmy paczki z Zachodu od obcych ludzi – kontynuuje pani Lemowa. – Przychodziły kompletnie zniszczone przez cenzurę, na przykład proszek do prania był wymieszany z kakao. Jedyna nietknięta paczka przyszła z Litwy, ze Związku Radzieckiego. Były w niej dwa kilogramy cukru i dwa kilogramy mąki – cudowny prezent! A z NRD dostaliśmy kiedyś paczkę z różnymi drobiazgami, zabawkami, kiedy ją rozpakowałam, na dnie znalazłam złożony kawałek szarego papieru, na którym było napisane po niemiecku: „Wszystkiego dobrego szczęśliwa Polsko”.
Jak wyglądały wówczas Kliny?
- Pięknie tu było – wspomina Barbara Lem. - Wokół pola, na których szumiało żyto. Przy ul. Narvik rosło tylko jedno drzewo, modrzew. Fort był wtedy zadbany, w fosie czysta woda, wokół kwitły fiołki, śpiewały słowiki, wieczorem słychać było chóry żab. Dzisiejsza ul. Borkowska to była Biała Droga, rosły przy niej ogromne wierzby, Michał (Zych) miał na jednej z nich domek, który kilkanaście lat później odziedziczył Tomek. I bardzo dobrze się tu mieszkało, mieliśmy nadzwyczajnych sąsiadów. Nikt nie zamykał domu, nie było kradzieży, czuliśmy się bezpiecznie.
Wspaniałą atmosferę tamtych Klinów z nostalgią wspomina pani Stanisława Witek, pierwsza mieszkanka ul. Narvik.
- Mieszkam tu już 56 lat – mówi. – Nasz dom był pierwszy, później powstawały kolejne. Byliśmy bardzo zżyci, wszyscy się znali i szanowali, mogliśmy liczyć na siebie nawzajem i pomagaliśmy sobie w potrzebie. Pan Lem to był poważny człowiek, naukowiec, żył we własnym świecie, a pani Lemowa bardzo skromna i uczynna, ludzka i przystępna.
Na zdjęciach z tamtych lat widać przede wszystkim łąki, otaczające domki przy ul. Narvik. Na tych łąkach Stanisław Lem z synem puszczali latawce, tam pani Barbara chodziła na spacery z psami.
- W naszym domu zawsze były psy. Pierwszym był kundel Dikuś, przygarnięty od sąsiadów, drugim Pegaz, którego przyniosłam z pracy, a który niespodziewanie okazał się pięknym jamnikiem długowłosym. Mąż bardzo lubił wilki, jego ukochanym psem był wilczur Radża, zatem kupiliśmy dla niego wilka Bartka, ale ostatecznie był to pies babci. Był duży i tchórzliwy, raz wystraszył się owiec na łące, innym razem przeraziło go gulgotanie indyka. Babcia bardzo dbała o niego. Pewnego razu wróciliśmy głodni do domu, mąż zagląda do garnków… „A to pyszne risotto z beszamelem to dla nas?”, pyta z nadzieją. „To obiad dla Bartka”, odpowiada mama. Były też koty, wśród nich Smoluszka, która pewnego razu przejechała się do Nowej Huty: weszła do bagażnika i tam zasnęła. W Hucie mąż otworzył bagażnik, kocica wyskoczyła jak z procy, oboje się przestraszyli, a Smolucha weszła pod samochód i nie chciała się stamtąd ruszyć. Próby wywabienia jej spełzały na niczym ku uciesze stojących na postoju taksówkarzy. W końcu mąż zapowiedział stanowczo, że skoro tak, to ją zostawia. To poskutkowało i wreszcie wyszła.

Po prawej fotel, w którym siedząc Stanisław Lem "wszystko napisał", po lewej ten, w którym zasiadał do czytania. Fot. "Nasze Kliny"
Stanisław Lem cenił spokój tego miejsca. Tutaj zbudował drugi dom, w którym mieszkał do końca życia. Najlepiej czuł się we własnym gabinecie, gdzie spędzał całe dnie.
- Na spacery wuj chodził tylko dlatego, że ciocia na to nalegała – uśmiecha się Michał Zych, wydawca, siostrzeniec Stanisława Lema. – Nie lubił spacerować, ale ulegał żonie, która była w tej kwestii nieugięta. Chodzili na łąki, tu gdzie teraz jest Park Maćka i Doroty. Wuj skracał te spacery do minimum, aby jak najszybciej znaleźć się w domu.
Jak go pamiętają inni mieszkańcy ulicy Narvik?
- Państwo Lemowie to byli wymarzeni sąsiedzi – mówi z zachwytem Danuta Oleksik. - Przemili, przesympatyczni ludzie. Pamiętam stukot maszyny do pisania, który od świtu dobiegał z pokoju na piętrze.
Stanisław Lem rozpoczynał dzień około 4.00, pisał głównie rano. Później odwoził żonę do pracy na ul. 1 Maja (dziś Dunajewskiego), robił zakupy, które w latach 60. i 70. przypominały polowanie i wracał do domu.
- O 13.00 wybijała święta godzina obiadu – opowiada Michał Zych. - W ciągu dnia wuj czytał, zamknięty w swoim gabinecie, a kładł się wcześnie, o 20.00-21.00.
- Serdeczne, przyjacielskie relacje utrzymywał z rodzinami państwa Błońskich i Madejskich - wspomina pani Oleksik. – Doktor Madejski leczył go na katar sienny, toteż pan Lem zadedykował mu powieść „Katar”, a do książki doktor Madejskiej „Malarstwo i schizofrenia” napisał wstęp.
Stanisław Lem miał słabość do samochodów. Był jednym z pierwszych zmotoryzowanych mieszkańców Klinów, dumnym posiadaczem P70, a później kolejnych fiatów, wartburga, mercedesów. Wszystkie swoje auta remontował u sąsiada – pana Zawiślaka, złotej rączki.
- Pan Zawiślak był prawdziwym pasjonatem – przyznaje Michał Zych. - Na początku lat 60. sam złożył „dekawkę”. Wujowe P70 ciągle stało u niego w naprawie.
- Godzinami rozmawiali o motoryzacji – dodaje pani Barbara. – Siadali w naszej kuchni i rozprawiali o wałach korbowych, modelach samochodów itp.
Powszechnie znane było również zamiłowanie pisarza do słodyczy. Miał ulubioną cukiernię w hotelu Cracovia, skąd przywoził ciastka, a w gabinecie trzymał żelazny zapas marcepana w czekoladzie.
Wszyscy, którzy się z nim zetknęli, podkreślają, że był ciepłym, życzliwym człowiekiem. Taki został w pamięci sąsiadów, takim widzieli go koledzy po piórze. Jeremi Przybora zanotował: „Ujmował skromnością i bezpośrednim, pogodnym sposobem bycia, choć był już na progu swej wielkiej, światowej kariery”.
Był związany z Klinami, zaangażował się w protest przeciw budowie osiedla komunalnego przy ul. Borkowskiej.
- Był wielką sławą, a jednocześnie bardzo miłym sąsiadem – wspomina Wojciech Witek.
Pani Barbara prowadzi mnie do biblioteki, pokazuje ulubiony fotel z podnóżkiem, w którym pisarz czytał i fotel przy biurku, „na którym napisał wszystko”.
- Za każdym razem, gdy tu wchodzę, jestem zaskoczona, że go nie ma – mówi.
Dorota Smoleń

