Ostatni gospodarz

Mieszkańcy

Kliny, które znamy, to elegancka dzielnica na obrzeżach Krakowa. Intensywna zabudowa rozpoczęła się tu w latach 50. Jak było wcześniej? Jak dzisiaj żyje się rolnikowi na Klinach? Opowiedział nam o tym rdzenny klinianin – Fryderyk Kurlit z ul. Pustynnej.

Brama na podwórko pana Kurlita jest jak u Mickiewicza: „na wciąż otwarta”. Siedzimy na ławce za domem w wyjątkowo słoneczne tej wiosny popołudnie. Obok pasie się klacz Baśka. Po obejściu chodzą kury, czupurny kogut-liliput szeroko rozkłada skrzydła i władczo wypina pierś, ze stajni dobiega parskanie drugiej klaczy, Lali, i jej źrebaka – ma trzy miesiące, jest jeszcze za młody, żeby swobodnie biegać po łące, mógłby zagalopować się na śmierć. Słychać gruchanie gołębi. To nywki i wyszwance.

U pana Kurlita gości akurat jego kuzyn z Jugowic, mieszkający przy ul. Armii Kraków Karol Korba. Obaj są skarbnicą miejscowych opowieści.

- Kiedyś dwa-trzy konie w każdym gospodarstwie to była norma. Do tego krowy, świnie, kury. Półtora hektara pola, siało się owies, sadziło ziemniaki, buraki, wszystko, co potrzebne. I wszystko się koniem obrabiało – wspomina Fryderyk Kurlit. ||  Fot. Agnieszka Rzymek

Dziś

- Teraz to się gospodarzy na pół gwizdka – śmieje się pan Kurlit, rocznik 1937 -  Tylko tak, żeby zajęcie było. Owies się sieje dla koni, siano też dla koni się zbiera, ziemniaków tyle co dla siebie i dla rodziny.

- Ja też mam konia, kozy i kury, a kiedyś po dwadzieścia świń hodowałem! – wylicza Karol Korba, rocznik 1928.

Fryderyka Kurlita można spotkać na Klinach-Zaciszu (czyli, jak mówi, „na Zagajach”), między Bartla a Mieczykową. Na dole, na tyłach bloku przy Bartla 19 D, dzierżawi kawałek pola, który często staje się stołówką dla dzików.

- Jednego roku dziki tak zryły ziemniaki, że tylko po nich posprzątałem. Innym razem zniszczyły pszenicę. Dziki ciągną do ludzi przez cały rok, bo oduczyły się szukać jedzenia w lesie i na polach, wolą przychodzić pod śmietniki. Sarna zimą podejdzie bliżej domów, ale latem, jak ma co jeść, trzyma się z daleka.

Gospodarz czule poklepuje Baśkę, która parska i potrząsa czerwonymi pomponikami przy uzdzie. Ma z nią kłopot, bo nie chce dać się podkuć, a że jest źrebna, to trzeba z nią ostrożnie, żeby się nie przewróciła.

Wczoraj

- Kiedyś dwa-trzy konie w każdym gospodarstwie to była norma. Do tego krowy (przynajmniej trzy), świnie (bywało i piętnaście), kury. Półtora hektara pola było, siało się owies, sadziło ziemniaki, buraki, wszystko, co potrzebne. I wszystko się koniem obrabiało.

- Na budowy przy Narviku i Judyma tylko końmi wozili cement, piasek, wapno, wywozili ziemię z podpiwniczeń. Traktorów ani maszyn nie było – dodaje Karol Korba.

Kościół był przy Zakopiańskiej, początkowo drewniany, na miejscu dzisiejszej plebanii, szkoła w budynku obecnego Gimnazjum nr 24. Wszędzie chodziło się piechotą. Droga do szkoły prowadziła koło cmentarza przy Zawiłej, wtedy lasu nie było, bo w czasie wojny w tamtym miejscu znajdował się hitlerowski obóz dla jeńców wojennych (Stalag 369). A z Myślenic do Krakowa górale chodzili na piechotę. Szli we dwóch z wózeczkiem, na wózeczku wieźli towar na sprzedaż: miotły albo drewno na podpałkę.

W latach 50. Fryderyk Kurlit odbywał służbę wojskową w marynarce jako motorzysta. Miał propozycję pracy w Polskiej Żegludze Morskiej, ale nie zdecydował się: za daleko od domu, gdzie czekali starsi rodzice. Po powrocie pracował 16 godzin dziennie: osiem godzin w zakładzie, drugie osiem na gospodarce.

- Pracowałem w Armaturze, w Fabryce Maszyn Odlewniczych na Cystersów i w firmie budowlanej Zachód-Południe jako spawacz – przyłożyłem rękę do całej ślusarki na blokach w Skawinie. Spawaliśmy barierki, balkony, włazy.

Przedwczoraj

Przed wojną tereny dzisiejszych Klinów Borkowskich i część Klinów-Zacisza należały do dziedzica Ziobrowskiego, którego dworek do dziś stoi na rogu Zawiłej i Zakopiańskiej (obecnie należy do Instytutu Hodowli i Aklimatyzacji Roślin).

- Ziobrowscy to byli porządni ludzie – wspomina pan Korba, a pan Kurlit dodaje, że dziedzice byli fundatorami kościoła na Górze Borkowskiej. Potwierdzają to księgi parafialne: w 1925 r. Ziobrowscy przekazali na rzecz parafii grunty pod kościół i poprosili, by w zamian za to odprawiać raz w roku mszę świętą w intencji śp. Stanisława Ziobrowskiego. Ta msza – tzw. fundacyjna – odprawiana jest co roku 2. listopada.

Dworskie pola ciągnęły się wzdłuż Zawiłej i Zakopiańskiej, na południe do linii kolejowej, a na zachód do dzisiejszej ul. Bartla – tędy biegła stara droga, która dzieliła Borek od Kobierzyna.

- We dworze trzymano trzy pary koni, którymi parobkowie obrabiali pole, hodowali też krowy, ze dwadzieścia zawsze ich było – jak szły na pastwisko, to para za parą, rogi przy rogach, tak zostały nauczone.

Mniejszych gospodarstw było niewiele.

- Przy Pustynnej stały trzy domy, a wszędzie dookoła tylko pola i pola – wspomina najwcześniejsze lata swojego życia pan Kurlit.

Od tamtych czasów na Klinach zmieniło się wszystko. Kiedyś każdy coś uprawiał. Kiedyś, gdy pękały buty, szewc robił „przyszczypki”, czyli łatał z góry i dalej się w nich chodziło. Kiedyś ojciec szedł do kościoła na jedną mszę, a matka na następną – w tych samych butach. Kiedyś dzieci dostawały na Wielkanoc po pół jajka, bo chociaż kury się hodowało, to jajka przeznaczało się na sprzedaż. Kiedyś były takie mrozy, że pierzynę grzało się przy piecu w kuchni, zanim się pod nią weszło. Ale co to była za pierzyna, prawdziwy puch z własnych gęsi!

Nasi rozmówcy zamyślają się. Za nami szum samochodów pędzących ulicą Zawiłą, przed nami piękna, zielona łąka, jedna z ostatnich takich łąk na Klinach. Ostatnia pracująca na roli klacz potrząsa łbem i skubie mlecze. Wiosenne prace odrobione, teraz w czerwcu sianokosy, później żniwa. Kosą – bo kombajniście nie opłaca się tu przyjeżdżać, półtorej godziny w jedną stronę, a roboty na czterdzieści minut. Kiedyś to kosił pole za polem, często w jeden dzień się nie wyrabiał. Teraz – wszędzie trawniczki.

W opowieściach pana Fryderyka nie ma żalu za tym, co minęło. Ważne jest dziś, tu i teraz, konkretna robota do zrobienia. Trzyma się prosto, uśmiecha szeroko. Porządny, przedwojenny materiał. Ostatni gospodarz na Klinach.

Dorota Smoleń
(VI/2010)