W cieple rodziny

Niedawno odeszła do adopcji czteroletnia Weronika. Nie miała łagodnego charakteru, ale po dziewczynce została pustka, a także smutek tych dzieciaków, które nie znalazły jeszcze domu…

Teresa i Krzysztof  Zelkowie doskonale rozpoznają  nastroje podopiecznych. Zanim zaczęli prowadzić rodzinny dom dziecka, pracowali w państwowych placówkach opiekuńczych, a pan Krzysztof jako dziecko bawił się z rówieśnikami z domów dziecka, gdyż jego rodzice byli w nich wychowawcami.

Kiedy rozmawiamy przy jadalnianym stole, do kajmaku co chwilę zmierza pięcioletni Kacperek.  – To już za dużo – strofuje go „ciocia” Teresa. – Dzieci czekają na „przesyłkę” od babci Eli,  ponieważ zawsze o nich pamięta i własnoręcznie przygotowuje ten smakołyk – wyjaśnia „wujek” Krzysztof. 

Państwo Zelkowie nie dzielą swoich dzieci na „nasze” i „nie nasze”…

Państwo Zelkowie mieszkają na Klinach z czwórką własnych dzieci i ósemką podopiecznych w dostosowanym do potrzeb tak licznej rodziny domu,  wynajmowanym przez stowarzyszenie  „Pro Familia”.

- Kiedy pada pytanie, ile mamy dzieci, podajemy liczbę wszystkich, które przebywają z nami – mówią. – Nie dzielimy ich na nasze i nie nasze. Ale i tak to się stale zmienia, pojawiają się takie, które na przykład muszą schronić się u nas w trudnych dla ich rodziców momentach i potem wracają do domu.

Dzieci nie mówią do prowadzących dom  mamo i tato, ponieważ takie związanie  się z  opiekunami  może utrudnić im adopcję lub relację z biologicznymi rodzicami, lecz ciociu i wujku. – Szczególnie te młodsze tak niestrudzenie szukają kogoś bliskiego, że trudno nam zachować wymagane, profesjonalne podejście – mówi pani Teresa akurat w chwili, gdy Kacperek po ściągnięciu ze stołu kolejnego ciastka kładzie główkę na jej kolanach.

W szkole minęło trochę czasu, zanim przyzwyczajono się do „wujka”, który w ciągu jednego dnia wywiadówki przechodził przez parę klas i pytał o uczniów z różnymi nazwiskami. Rozpiska  lekcji  wisząca w jadalni przypomina rozkład jazdy autobusu. 

- Mieliśmy u siebie dwóch braci, którzy tak rozrabiali, że nie mogli wspólnie funkcjonować w jednej klasie i trzeba było ich rozdzielić.  Nauczyciele przeżyli z nimi swoje i my też. Jedno możemy powiedzieć: zarówno Szkoła Podstawowa nr 97 na ul. dr Judyma, jak i rejonowe gimnazjum przy ul. Montwiłła Mireckiego bardzo wspierają nas w pracy – mówią państwo Zelkowie.

Rozmowie przysłuchuje się kilkunastoletnia Julia, która kiedyś nosiła się jak egipska księżniczka: czarne, równo przycięte włosy, kolczyk w brzuchu. Kiedy dowiaduje się o świątecznym kiermaszu na Klinach na rzecz  chorego dwuletniego Szymonka, deklaruje pomoc. Razem z koleżankami z rodzinnego domu dziecka zrobią ozdoby na choinkę.

W święta Bożego Narodzenia cała rodzina zbierze się w domu na Klinach. Miejsce na dużą choinkę jest już wybrane, na stole pojawi się żurek z grzybami, czerwony barszcz z uszkami, ryba (dla maluchów filety bez ości), pierogi z grzybami, chałka z miodem… Tradycyjne puste miejsce przy wigilijnym stole zazwyczaj jest zajęte. Przez rodziców podopiecznych lub innych krewnych.

- Niektóre dzieci jadą na wigilię do swoich domów i często wracają smutne. Nie zawsze jest ona taka, jak sobie przez cały rok wymarzyli – wzdycha „ciocia” Teresa.

- Na szkoleniach Fundacji „Pro Familia” usłyszeliśmy radę, z którą na początku trudno było się nam pogodzić: dbajcie  o własną rodzinę,  a wasi podopieczni ogrzeją się przy jej cieple. Ale to przecież prawda. Jeżeli my będziemy dobrze funkcjonowali, dzieci oddane nam pod opiekę też poczują się bezpiecznie -  dodaje „wujek” Krzysztof Zelek. Oficjalnie – dyrektor Rodzinnego Domu Dziecka.

Maria Kudroń
fot. Agnieszka Rzymek
(XII/2010
)