W sypialni też powinno być ładnie
Rozmowa z BOGUSŁAWEM KOŚMIDREM, przewodniczącym Rady m. Krakowa
– Mija 20 lat od od podziału Krakowa na 18 dzielnic. Jak ocenia Pan z perspektywy czasu tę reformę?
– W Krakowie przez długi czas rola rad dzielnic stale wzrastała. Przybywało im kompetencji i pieniędzy. Byliśmy pod tym względem w Polsce liderami. Niestety, mam wrażenie, że kilka lat temu proces ten się zatrzymał. Tak jakby władze miasta, urząd i rada, zaczęły obawiać się dalszego usamodzielniania się dzielnic – tych najlepszych, z najambitniejszymi radnymi. Widać to choćby w przesunięciu terminu ostatnich wyborów do rad dzielnic. Oficjalny powód był inny, ale tak naprawdę chciano pokazać, przez spodziewaną niską frekwencję w styczniowych wyborach, że dzielnice nikogo nie obchodzą. Na szczęście mieszkańcy „zagłosowali nogami” i pokazali, że dzielnice są jednak ważne. I bardzo dobrze.
– Nowa rada miasta chce wzmocnić rolę dzielnic. Na czym polegałyby te zmiany? Jaka jest realna szansa na ich wprowadzenie?
– Uważamy, że to do rad dzielnic powinien należeć rozstrzygający głos w sprawach, dotyczących lokalnych społeczności: szkół i przedszkoli, remontów ulic itp. To nie władze miasta, lecz samorząd Dzielnicy X podejmowałby w tej sytuacji decyzję na przykład o rozpoczęciu modernizacji ul. Borkowskiej. Za zwiększonymi uprawnieniami pójdą większe pieniądze. Pierwszym krokiem w tym kierunku było oddanie w 2011 roku do dyspozycji radnych dzielnicowych dodatkowo 10 mln złotych. Kolejnym etapem byłoby powierzenie dzielnicom części obsługi mieszkańców. To przez Internet lub w siedzibie dzielnicowego samorządu mieszkaniec Klinów załatwiałby na przykład dowód osobisty. Taka decentralizacja oznaczałaby utworzenie sieci minimagistratów z kilkunastoosobowymi zespołami urzędników. Tego typu system funkcjonuje obecnie w Warszawie. Byłoby dobrze, gdyby w Krakowie został wprowadzony jeszcze przed końcem obecnej kadencji samorządu. O ile oczywiście zgodzi się na to prezydent miasta.
– Dzielnice mają niewielkie budżety, więc dobrze, że zostały im przyznane dodatkowe środki. Są jednak obawy, że w związku z ogólnymi oszczędnościami pieniądze te pozostaną tylko na papierze.
– Sytuacja finansowa Krakowa jest rzeczywiście trudna. Zmniejszyły się dochody miasta, nie ma możliwości dalszego zadłużania się. Będziemy musieli sięgnąć po plan ratunkowy, poczynić potężne oszczędności. Zapewne nieuniknione okażą się również podwyżki różnego rodzaju zależnych od gminy cen, opłat, podatków. Zresztą w wielu przypadkach od dawna nie zmienianych. Chcemy jednak, by budżety dzielnic ten kryzys dotknął jak najmniej. Jest pomysł, by na dzielnice był przekazywany określony procent budżetu miasta. Wtedy, gdy do miejskiej kasy wpłynie większy strumień pieniędzy, automatycznie zwiększą się możliwości finansowe lokalnych samorządów.
– Oby tak się stało. Na razie bowiem władze Krakowa koncentrują swoją uwagę na centrum miasta i głównych szlakach komunikacyjnych. Mieszkańcy peryferiów mają o to żal. Wielu z nich nie ma dostępu do kanalizacji, mieszka przy pozbawionych chodników, dziurawych, nieoświetlonych ulicach, słabo skomunikowanych z resztą miasta. Na blisko dziesięciotysięcznych Klinach nie ma choćby jednej miejskiej placówki kulturalnej, biblioteki…
– Ja też mieszkam na obrzeżach Krakowa, niedaleko Klinów, i ubolewam, że większość inwestycji i atrakcji skupia się w centrum miasta. Przecież nie tylko w salonie, ale i w sypialni powinno być ładnie. Z drugiej strony nie jest tak, że na peryferiach nic się nie robi. Akurat Kliny w ostatnich latach skorzystały bardziej niż inne obszary. Powstała pętla autobusowa, powstał „orlik”. W przyszłym roku ma zacząć się gruntowny remont ul. Borkowskiej. Jest szansa na nową szkołę. 20 mln zł wydatkowanych w ciągu kilku lat z budżetu miasta na Klinach to naprawdę niezły wynik.
– Pieniędzy jednak wciąż brakuje, tymczasem sposób ich wydawania przez miejskie instytucje budzi poważne wątpliwości. Czy rzeczywiście projekt budowy dziesięciometrowego kawałka chodnika na Klinach musi kosztować ponad 5000 zł?!
– Hm… To rzeczywiście dziwne. Z drugiej strony są przetargi, trudno podejrzewać w tym wypadku zmowę oferentów. Warto przy okazji zauważyć, że inwestycje inicjowane przez dzielnice i tak są relatywnie tańsze od tych realizowanych przez miasto.
– Kluczowe znaczenie dla Klinów i ich okolic ma komunikacja z resztą miasta. Jakie są, Pana zdaniem, realne szanse na modernizację ul. Zawiłej? Budowę ul. Nowej Bartla i 8. Pułku Ułanów?
– Najpierw musimy zrobić gruntowny remont Borkowskiej, a to potrwa, potem, jeżeli wystarczy pieniędzy, rozpoczniemy remont Zawiłej. To ważne przedsięwzięcie, wielokrotnie przesuwane. Budowa ul. Bartla Nowej, pewnie już z nową nazwą, może rozpocząć się po modernizacji Borkowskiej i Zawiłej. Jeśli chodzi o ulicę 8. Pułku Ułanów, zwaną do niedawna Nowoobozową, to najpierw musi zostać wdrożony miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, potem należy dokonać wykupów terenu, a dopiero później przyjdzie czas na samą inwestycję. Jeżeli to zacznie się w obecnej kadencji, to będzie sukces. Ulica 8. Pułku Ułanów jest bardzo ważna i musi być zrealizowana, ale trzeba znaleźć środki. Widzę na to duże szanse w ciągu najbliższych lat.
– Dzielnice nie mają osobowości prawnej, co nie pozwala im korzystać z dodatkowych źródeł finansowania, na przykład funduszy unijnych.
– Gdyby otrzymały osobowość prawną, stałyby się gminami – z urzędem, wójtami, całą biurokratyczną infrastrukturą… Obecne prawo na to nie pozwala. Myślę zresztą, że rzecz nie w formalnym statusie dzielnic, lecz w kompetencjach i pieniądzach.
– Ludzie nie utożsamiają się z dzielnicami. Nikt nie mówi z dumą: jestem z „Dziesiątki”, czy z „Ósemki”. Ba, często nawet nie wie, w której dzielnicy mieszka. W świadomości krakowian wciąż funkcjonują poprzednie nazwy: Krowodrza, Podgórze, Śródmieście, Nowa Huta.
– Cóż, dzielnice to tylko administracyjne jednostki pomocnicze. „Małymi ojczyznami” są Kliny, Grzegórzki, Zwierzyniec… Najlepszym sprawdzianem tego, na ile ludzie identyfikują się z miejscem swego zamieszkania, są wybory samorządowe. W styczniowych wyborach na Klinach frekwencja była stosunkowo wysoka.
– Próbą przybliżenia dzielnic mieszkańcom było nadanie im, obok numerów, także nazw własnych. Formalnie Kliny stały się w ten sposób częścią Swoszowic. To tylko zwiększyło zamieszanie. I tak już niemałe, choćby ze względu na niezrozumiały podział Klinów między dwie dzielnice, VIII i X.
– Ten podział jest rzeczywiście sztuczny i niepotrzebny. Jeszcze w tej kadencji rady miasta powinniśmy podjąć decyzję o połączeniu Klinów, przypisaniu ich do jednej dzielnicy. Której? Na ten temat muszą wypowiedzieć się mieszkańcy. Myślę, że lepiej byłoby im w „Dziesiątce”, do której należą teraz tereny na wschód od ul. Profesora Bartla.
Rozmawiał: Adam Rymont

